środa, 17 września 2014

Berlin. Od wschodu do zachodu

Dziś znowu post mniej typowy - po primo, (prawie) nie będzie architektury, chyba że ilustracyjnie. Po drugie - będą ludziska, i to większości strzeleni przeze mnie. Po trzecie - będziemy się poruszali zasadniczo wzdłuż jednej arterii, choć o kilku mianach - od Karl-Liebknecht Straße przy Alexanderplatz (tytułowy wschód) przez Schloßplatz na Wyspie Muzeów po (znowu tytułowe) zachodnie krańce Unter den Linden, pozostając cały czas we wschodniej części Berlina. Po czwarte primo - będą różne wozidła i jeździdła. No, i wreszcie po piąte primo - dziś jest 17. września, data bardzo wymowna, więc to kolejny powód, dla jakiego pozwoliłem sobie na ten wieloznaczny tytuł.

Uff, wstęp mam za sobą, więc podpisów do obrazków będzie już niewiele. Zacznę od nawiązania do ostatniego z powodów, zwłaszcza w konotacji z wydarzeniami, które nastąpiły 5 lat po przywołanej rocznicy...


...to była klapa z komórki, a teraz już normalne aparatusy rządzą, i pokazują nostalgię i/lub chęć zbicia kasy na resentymentach za DDRem (apage!)...


...to teraz coś lżejszego dla ócz - panna rowerżystka, czyli powód nr 2 i 4 (aż się kierowiec zapatrzył ;-)...


...a tu spieszący na interwencję policmajstry w swojej superkarze...


...dla odmiany mamy oficjalną wizytę z (bardzo) dalekiego wschodu, i to raczej nie przebierańców typu 'biały miś', bo wyszli byli z bardzo eleganckiego hotelu i po zrobieniu foty wsiedli do równie eleganckich limuzynek, podążając w kierunku bliżej (mi) nieznanem...


...jeszcze jeden resentymencik eNeRDowsko-DDRowski, tym razem w zestawieniu z lekko przysłoniętą zachodnią współczesnością motoryzacyjną...


...a po drugiej stronie ulicy natknęliśmy się na - hmm - gości wieczoru kawalerskiego?... uczestników grubszego zakładu?... kochających inaczej?... w Berlinie wszystko jest możliwe...


...tym sposobem dotarliśmy pod Bramę Brandenburską, którą dziś (bo mamy powód nr 1) zastąpi dzielnie wyciskająca pompki (bardzo ranną porą) Krabianka we własnej osobie i w barwach ochronnych...


...i tylko miejscowy wróbelek-Ele-Sperling-melek nie przestaje dziwić się światu ;-)

12 komentarzy:

  1. Śmiszny ma rower ta wypionowana rowerzystka, z kierownicą po bokach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, siedzi jak Jaruzel ogłaszający stan wojenny ;-)

      Usuń
  2. Świetny ten biało-czerwony wóz:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wygląda tyleż fajnie, co niekomfortowo (choć nie sprawdzałem ;-)

      Usuń
    2. No tak, to dość powszechna zależność: ładne ale mało wygodne:)

      Usuń
    3. No patrz, a ja jestem i ładny i wygodny ;-)

      Usuń
  3. Nie podejrzewałam, że Niemcy mają tyle poczucia humoru. To nie możliwe, że w Berlinie tyle jest możliwe!
    Super zdjęcia, to była jakiś szalony dzień.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktem jest, że zdjęcia nie są z jednego dnia, ale tak czy inaczej żaden z nich nie był specjalnie szalony. Ot, Berlin jest deczko zwariowany i to w nim lubię :-)

      Usuń
  4. O, fucktycznie jedno ujęcie bardzo zbliżone do mojego. W Berlinie byłem parę razy i nigdy go nie polubiłem. No niestety.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No bardzo mi nieprzykro z tego powodu. Znaczy - bardzo dobrze - jeszcze by tego brakowało, żebyśmy wszyscy lubili to samo!

      Usuń
  5. Bardzo kolorowy jest Twój Berlin. Podoba mi się też niemiecka nazwa wróbelka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo Berlin jest bardzo kolorowy, a przy okazji nie ma zadęcia bycia pretendentem do miana najpiękniejszego. I to w nim lubię.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...